Gospodarka pod skrzydłami czarnego łabędzia (wywiad)

Wywiad ukazał się w Rzeczpospolitej w maju 2020

Analiza strategiczna pandemii, czy koronawirus zmieni globalny łańcuch wartości?

Jeden mały wirus wywołał ogromne zawirowania w globalnym łańcuchu wartości. Koronawirus pokazał nam, jak bezbronni jesteśmy w obliczu sił natury. Świńska czy ptasia grypa nie miały aż tak dużego wpływu na globalną ekonomię. Dlaczego zrobił to SARS-Cov-2?

dr Stanisław Drosio: To, co się wydarzyło, jest modelowym przykładem zjawiska, określanego w ekonomii mianem czarnego łabędzia. Ta osobliwość ma tak małe szanse zaistnienia, że nikt się jej nie spodziewa, ale gdy już się pojawi to sieje istne spustoszenie. Koronawirus jest właśnie taką niechcianą “niespodzianką”. Jednak to nie pierwszy czarny łabędź, jaki objawił się za naszego życia. Upadek Lehman Brothers, czy ataki na WTC również nosiły znamiona tego nieprzewidzianego zjawiska.

Wydarzenia, o jakich Pan wspomniał, odbijały się echem w kolejnych miesiącach i latach. W tym przypadku zasięg i siła oddziaływania koronawirusa mogą być jeszcze większe. Wielu ekspertów zapowiada, że globalna gospodarka jaką znamy zmieni się bezpowrotnie. Czy rzeczywiście tak będzie?

SD: W tym momencie jest jeszcze zbyt wcześnie, by postawić jednoznaczną diagnozę. Nie jesteśmy w stanie dziś określić gdzie, kiedy i jak dużych zmian możemy się spodziewać. Myślę jednak, że szczególnie przemysł musi być gotowy na przeobrażenie, a proces reindustrializacji Europy nabierze tempa.

Wydawałoby się, że czas kryzysu to kiepski moment na zmiany i inwestycje, skąd więc taki wniosek?

SD: To nie jest nic nowego. Sam proces reindustrializacji Europy trwa już od dobrych kilku lat, a zapoczątkował go kryzys z pierwszej dekady XXI wieku. Po latach deindustrializacji Stary Kontynent zrobił zwrot, a produkcja zaczęła wracać do Europy. Pomocna w tym była idea Przemysłu 4.0, która kładzie duży nacisk na konieczność digitalizacji i automatyzacji gospodarek. Chodź nazwa, wydaje się przemysłowa, to zjawisko dotyka niemal każdej branży. Obserwujemy cyfrowy wyścig zbrojeń na całym świecie, a utrzymanie konkurencyjności wymaga od przedsiębiorstw inwestycji w technologie i innowacyjność. Dzięki temu, że firmy zainwestowały w cyfrową transformację, dzisiaj mogą szybciej się dostosować do nowych warunków.

To dość ciekawe stwierdzenie, ale odnoszę wrażenie, że naszego kraju, a co za tym idzie, rodzimych firm ono nie dotyczy.

SD: Bardzo popularne jest stwierdzenie, że polskie firmy są słabo ucyfrowione i zautomatyzowane, a od realizacji idei Przemysłu 4.0. dzielą na lata świetlne. Proszę mi wierzyć, ale w gronie naszych klientów są takie przedsiębiorstwa, w których liczba robotów przemysłowych daleko wykracza poza unijną średnią. Firmy te odpowiednio wcześniej zainwestowały w IT, automatyzację produkcji, co teraz procentuje.

Niezależnie od tego, jakie technologie zostały wdrożone, cechą szczególną sektora wytwórczego jest to, że wymaga fizycznej obecności załogi na hali produkcyjnej. Przemysł nie przejdzie na tryb zdalny, jak inna firma, chociażby BPSC, w której Pan pracuje.

SD: Oczywiście są branże, w których ludzie muszą pracować. W wypadku IT migracja do pracy zdalnej jest oczywiście prostsza ze względu na technologie i narzędzia. BPSC zajęło to od 48 do 72 godzin od momentu decyzji Zarządu. Home office na hali produkcyjnej nie jest jeszcze możliwe, ale pozostałe etapy już mogą być realizowane zdalnie. Oczywiście pod warunkiem, że mamy takie formalne, techniczne i funkcjonalne możliwości. 
I tu wracamy do tematu cyfryzacji. 

Jeżeli kilka lat temu firma nie zdecydowała się na wdrożenie systemu klasy ERP, dziś nie ma narzędzia, żeby nawet część operacji była realizowana zdalnie. Po raz kolejny okazuje się, że bycie innowatorem popłaca, ponieważ firmy, które już jakiś czas temu postawiły na cyfrową transformację, otrzymały premię za pierwszeństwo. Mogły niemal płynnie i z dnia na dzień, oddelegować ludzi do pracy zdalnej. Niedawno pojawiły się ciekawe badania EY (Ernst&Young), zrealizowane już w czasie pandemii, z których wynika, że bieżąca sytuacja walnie przyczyni się do przyspieszenia cyfryzacji i automatyzacji.

Pański optymizm niejednego może zaskoczyć, zważywszy na to, że informacje, jakie docierają do nas z rynku, są mówiąc oględnie - nienajlepsze.

SD: Walka z wirusem przeniosła się również do sieci, która zainfekowana jest inwazją fakenewsów oraz informacjami, które skupiają się wyłącznie wokół negatywnych zjawisk. To pozwoliło nam na uknucie nowego terminu - infodemii, która paraliżuje strachem. A przecież warto zaistniałą sytuację przeanalizować również pod kątem szans, jakie może przynieść ona polskiej gospodarce.

Nasza gospodarka na koniec 2019 posiadała dodatni bilans płatniczy, więcej eksportowaliśmy, niż importowaliśmy. W połączeniu z osłabiającą się złotówką powoduje to, że po otwarciu granic dla normalnego przepływu towarów i usług ich ceny będą bardzo atrakcyjne dla odbiorców w pozostałych krajach Europy. Taki proces wspierać będzie dodatkowo zerwanie i zmiany wektora globalnych łańcuchów dostaw, które pomimo wysiłków władz chińskich wcale nie muszą zaczynać się w Państwie Środka. Dążenie przedsiębiorców do wykorzystania tych szans powinno bardzo mocno być wspierane przez rząd. Jest tutaj o co rywalizować, bo udział Chin w globalnych łańcuchach dostaw stanowi obecnie około 16%.

Idąc Pana tokiem myślenia, uśpienie gospodarki na wczesnym etapie było dobrym krokiem, a rosnący kurs Euro nie jest aż takim zagrożeniem, jak się go maluje?

SD: Zacznijmy od końca - im więcej warte Euro, tym więcej złotówek w efekcie trafi na konta polskich firm. To będzie dla nich ważne, szczególnie w tym trudnym okresie, bo nawet gdyby realnie sprzedawały mniej to odczuwalna z tego tytułu strata będzie mniejsza. Co do pierwszej części, to musimy pamiętać, że rozwój wypadku w sytuacjach kryzysowych jest losowy i często nieprzewidywalny. Jednak wczesna reakcja powinna nam dać około 2-3 tygodni wyprzedzenia przed innymi krajami europejskimi.

Czy to nie jest myślenie mocno życzeniowe?

SD: Niekoniecznie. Gdy spojrzymy na dane IFO Institute, to okaże się, że pod koniec marca, ponad połowa niemieckich firm produkcyjnych deklarowała, że już wtedy silnie odczuwała skutki kryzysu. W tym samym czasie nasi klienci poszukiwali możliwości zwiększenia płynności finansowej oraz wdrożenia w systemie IMPULS EVO zmian prawnych wynikających ze specustaw. 

Mało tego, widzieliśmy, że przedsiębiorcy porządkują procesy i tam, gdzie mogą, starają się przygotować na nadchodzącą przyszłość post epidemiczną. W tym czasie we Francji 
na szeroką skalę zakłady produkcyjne ograniczały moce. Tutaj dopatrywać się można kolejnej szansy dla polskich firm w momencie powrotu do normalnego lub quasi - normalnego przepływu towarów i usług w Europie.

Pod warunkiem, że producenci z Polski będą w stanie szybko dostosować się do aktualnie panującego zapotrzebowania na rynku.

SD: Tak, szybkość przezbrojeń linii i zwinność w działaniu będą tu kluczowe. Nasi przedsiębiorcy znani są z elastyczności i szybkiej możliwości reakcji na zmiany popytu, ale sytuacja, która ich czeka, będzie wyjątkowa. Niższe ceny ze względu na kurs złotówki, zmiana wektora globalnych łańcuchów dostaw oraz szybkie dostosowanie się do popytu w innych krajach może wyjść na korzyść naszej gospodarce. Ten, kto odnajdzie się w tych realiach, zajmie dogodną pozycję wyjściową i już na starcie będzie liderem.

O takim scenariuszu już w lutym wspominał Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Wtóruje mu, chociażby Beata Javorcik, główna ekonomistka Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Dzisiaj taki rozwój sprawy zdaje się być możliwy, choć wszystko będzie zależało od rozwoju epidemii w Polsce i kolejnych działań rządu.

Na koniec chciałem zapytać o to, jakie Pana zdaniem, mogą pojawić się zagrożenia, które są w stanie zakłócić prognozowany przez Pana

SD: To, co realnie może nam zagrażać i znacząco uderzyć w sektor wytwórczy, bo na nim się skupiam, to spadek zamówień. Wydajność pracy jest na podobnym poziomie, co przed rozpoczęciem pracy zdalnej. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że w niektórych obszarach działalności, w modelu telepracy nawet zyska na jakości. 

Jeżeli tylko nie będzie radykalnych redukcji w zamówieniach i rychłym powrocie do “nowej normalności” to przed wieloma przedsiębiorstwami otwierają się dodatkowe możliwości. Jak i czy zostaną wykorzystane? Czas pokaże. Jeżeli jednak przyrównać obecną sytuację do wojny, to podczas walki nie ma czasu na biadolenie – trzeba działać.